Moja przyjaciółka Malwina od dziecka narzeka. Narzeka rano, kiedy wstaje zarówno lewą, jak i prawą nogą z łóżka, narzeka, kiedy kładzie się spać.
Być może nawet w snach narzeka na niewygodne łózko i niezbyt ciekawą fabułę sennych historii. Mimo że jest naprawdę piękna, seksowna, jak ikona ekranu Marilyn, do tego (o niesprawiedliwości!) ma alabastrową cerę, o którą specjalnie nawet nie musi dbać, to jeszcze Matka Natura szczodrze ją obdarzyła pięknymi, kręconymi włosami, których nie musi farbować, bo są w kolorze złotej pszenicy i piękną figurą niewymagającą żadnych poświęceń. Ale... też malkontenctwem posuniętym do granic, których do tej pory nikt ze znanych mi osób nawet w wyobraźni nie próbował przekroczyć.
Bo to, że nadal ją lubię i się z nią umawiam na „sales”, kawkę i w wiele innych miejsc – to chyba jakiś masochizm... Odkąd ją znam – a znam ją już bardzo długo - Malwina zawsze narzeka. Jej narzekania i „jojczenia” tak wpisują się w jej charakter, że nawet nie jestem w stanie stworzyć we własnej wyobraźni obrazu „Malwina w euforii” albo „Malwina is happy”. „Piękna pogoda” – powiedziałam niedawno do Malwiny, kiedy spotkałyśmy się na Soho, żeby wypić lodowate caffee frape i zaplanować weekend. „Piękna? Jak to piękna? Gorąco, spływa mi po całej twarzy, makijaż pewnie cały mi się rozmazał, jestem mokra, spocona i nie wiem, czy mój antyperspirant w ogóle działa” – odpowiedziała z miną tak zbolałą, jakby zamiast pysznej frappe piła sok z grapefruita zmieszany z imbirem i paczką mielonego pieprzu i błotem, albo jakby jej kawiarniane krzesło miało zamiast kolorowej poduszki nastroszone gwoździe. Malwina miała właśnie tę umiejętność, której ja z kolei zupełnie jestem pozbawiona: z każdej dobrej wiadomości umiała zrobić przybijającego newsa, wyciągnąć z każdego przeczytanego zdania całe domniemane zło i zagrożenie dla tego świata, a przede wszystkim dla siebie.
Mimo to mężczyźni ją uwielbiali i zawsze otoczona była wianuszkiem adoratorów. Rozkapryszona, wiecznie niezadowolona i narzekająca wzbudzała w mężczyznach niekłamany zachwyt, a w pracy wspinała się błyskawicznie po szczeblach kariery. Szefowie ją awansowali, mimo że nigdy nie wykazywała się ani kreatywnością, ani pracowitoscią, za to zawsze... narzekała. „Jak ty to robisz Malwina?”- zapytałam ją ostatnio, bo zgłębić chciałam tajemnicę jej nieustającego pasma sukcesów, na które według każdego myślącego człowieka zupełnie nie zasługiwała. „Bo widzisz moja droga, w życiu stosuję zasadę mojej babci”– zaczęła – „ w życiu zawsze jest >coś za coś<. Ludzie są pod wrażeniem mojej urody, a ponieważ rzadko jestem zadowolona, ludzie muszą się naprawdę natrudzić, żeby mnie zadowolić. Poza tym wiesz, im więcej się w życiu nad czymś natrudzisz, tym większą masz z tego radość” – skończyła. Ach to tak... Od jutra zacznę narzekać na brytyjską mgłę, tłumy w metrze, za drogie piwo... może też niebawem zacznę swoją karierę w City?
Ilona Korzeniowska / Fot. Shutterstock
Tagi: felieton, Marilyn Monroe
Redakcja Polish Express nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy zamieszczonych przez internautów. Należą one do osób, które je zamieściły.
Dodając komentarz akceptujesz nasz regulamin.
| Oferty sponsorowane | ||
|
|
||
|
|
|
|
Dziś już chyba tylko starsi kibice, i to na dodatek ci stroniący od spożywania masełka, pamiętają sympatycznego misiaczka o imieniu „Misza”, który był maskotką igrzysk olimpijskich, jakie w roku 1980 odbyły się na sportowych arenach Moskwy. Związek Radziecki był niezaprzeczalnym hegemonem światowego sportu, nie tylko w odniesieniu do własnego „kadeelowskiego” obozu. W jednym z naszych siostrzanych wydawnictw, znalazłem ostatnio obszerną wypowiedź naszego rodaka, zawodowego kucharza, stającego w obronie - uwaga: brytyjskiej kuchni. Nieuchronnie zbliżamy się do momentu odkręcenia kurka z gazem i zapalenia znicza obwieszczającego światu, że igrzyska w Londynie czas zacząć. Jej Wysokość Elżbieta II wygłosi stosowną formułkę i zaczną się emocje. Chodzi oczywiście o adrenalinę związaną z rywalizacją o medale, bo niemałe emocje towarzyszą, i to od dłuższego czasu, przygotowaniom do kolejnego wielkiego święta sportu w skali makro! Cysio miał ciężki dzień: w robocie szef się czepiał, randka z Agatą nie wypaliła (mówiła, że zajęta, ale Cysio wiedział swoje), więc co miał Cysio innego do roboty, jak nie zalec przez telewizorem? Wyłożył się Cysio wygodnie na zwieńczającym tapczan kocyku, włączył pierwszy lepszy kanał, a tam łał! Światła, flesze, laski nago latają, a wszystko w stereo i w kolorze – jak więc nie oglądać!? Ja to chyba już nigdy nie znormalnieję. Powoli zaczynam powątpiewać w powodzenie tego procesu. Wszyscy na około starają się wmawiać mi, że z wiekiem obok doświadczenia człowiek nabawia się rozumu, ale po sobie nic podobnego nie jestem w stanie zdiagnozować. Może jestem odporny na wiedzę? Może jednak należę do tych pięciu procent populacji skażonych tzw. defektem Einhorne’a? To, że naród naszych gospodarzy ma fioła na punkcie swej monarchii, potwierdzą chyba wszyscy imigranci. Dla nas ich zachowanie jest tyle niepojęte, co niemądre. Mija już rok od wydarzenia, kiedy to patriotyczne uniesienie Wyspiarzy sięgnęło zenitu.
© Fortis Media Limited 2004-2012
Użytkownicy strony polishexpress.co.uk nie mogą wykorzystywać tekstów do celów komercyjnych bez wiedzy i pozwolenia Redakcji tygodnika Polish Express. Kopiowanie, redagowanie i wykorzystywanie w innych celach publikowanych tu tekstów wymaga indywidualnej zgody Redakcji. Kontakt do redakcji: internet@polishexpress.co.uk.
3.48 zł
4.37 zł
5.45 zł